top of page
Szukaj

Dzień sto trzydziesty siódmy

Zaktualizowano: 2 mar


Mamy ostrą zimę. Myślę,że zostanie zaliczona do "najbardziej pamiętnych zim XX i XXI wieku". czyli 1928/1928 1939/1940, 1962/1963, 1978/79 i 1986/1987. Jedna z tych zim 1978/1979 zapisała się mocno w mojej pamięci . Mróz, śnieżyce i zaspy pojawiły się już w grudniu. Pewnego razu zostawiłam malucha " czyli Fiata 126p na chodniku przed firmą w której miałam spotkanie a po powrocie do auta okazało się że mój samochód został zasypany przez pług który akurat odśnieżał jezdnię. Nie mogłam wyjechać , ponieważ z trzech stron zostałam zablokowana. Kolega, który ze mną przyjechał zadecydował,że podniesiemy samochód, ominiemy zaspę , którą zostawił plug. i przestawimy go na oczyszczoną ze śniegu jezdnie Myślałam,ze to szalony pomysł ale daliśmy radę. Pamiętam też inne zdarzenie z tego okresu. Moja najmłodsza córka dosyć wcześnie zaczęła mieć problemy z zapaleniem krtani. Pewnego razu, wczesną, mroźną i śnieżną nocą usłyszeliśmy "szczekający kaszel" z jej pokoju. Wiedziałam,że natychmiast trzeba jej pomóc. Zadzwoniliśmy na Pogotowie Ratunkowe. Karetka przyjechała bardzo szybko i lekarz zdecydował,że należy natychmiast przewieźć ją do szpitala na nocny dyżur. Owiniętą kocem, ciężko oddychającą Krzysiek zaniósł do karetki ale tylko jeden z rodziców mógł z nią pojechać do szpitala. Przezornie, wychodząc z domu zabrałam klucze do samochodu i pozostawiona na chodniku wsiadłam do auta mając zamiar jechać za karetką. Niestety, samochód był zamarznięty, przednie szyby, wycieraczki zamrożone więc niewiele myśląc odkręciłam boczną szybę i wychylając głowę ruszyłam w ślad za karetką. Całe szczęście ,że ze względu na nocną porę nie było ruchu. Szaleńczą jazdę przez miasto do szpitala umożliwiły mi puste jezdnie i chodniki.. Byłam tak zaniepokojona stanem córki, że nawet nie myślałam o zagrożeniu jakie sprawiam, szczególnie jadąc w tak ciężkich warunkach atmosferycznych. Do szpitala dojechałam niedługo po karetce pogotowia i zastałam jeszcze Krzyśka z córką oczekujących na lekarza i przyjęcie na oddział. Trochę się uspokoiłam bo miałam nadzieję że nic jej się nie stanie, przecież jest we właściwym miejscu i o właściwej porze. Niestety. W poczekalni byliśmy sami i dosyć długo, pomimo moich monitów czekaliśmy na lekarza. Dlatego też nie zgodziłam się na pozostawienie dziecka na oddziale. A po otrzymaniu pomocy /zastrzyk / wróciliśmy tym zaśnieżonym samochodem do domu. Auto podczas mojej szaleńczej jazdy trochę się rozgrzało i można było już jechać z zamkniętym oknem, obserwując drogę prze przednią szybę a nie wychylając się przez otwarte okno.

To że byliśmy zmotoryzowani to był sukces przez duże S .Nasz Fiat 126p pomagał każdego dnia

opanować organizacyjnie życie rodzinne . Zamiast o 6.15 być na przystanku autobusowym z dziećmi, mogliśmy o 6.45 wyjechać spod domu . Tej ostrej zimy akumulator Fiata zaczął odmawiać współpracy, zwłaszcza po nocnym odpoczynku - po prostu nie odpalał nawet na tzw. szczotkę .A o kupieniu nowego nawet nie można było marzyć . Wtedy Krzysiek znalazł na niego sposób . Po dziennej jeździe parkował auto na stromej , sąsiedniej ulicy na samej górze i rano, staczając się z góry odpalał bez problemu . Tak udało się dotrwać do wiosny.



 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Dzień sto trzydziesty piąty

Najpierw czekałam trzy miesiące /wyjątkowo krótko/ na wizytę u neurologa a następnie ze skierowaniem , pięć miesięcy na badanie...

 
 
 

Komentarze


©2021 by Babcia Ewinka.

bottom of page